Niczym kot z wysokości parapetu podglądam świat, a tam wierzba wreszcie zaczyna gubić liście i pościeliła już połowę podwórka łuskami mieniącymi się na wietrze. Deszcz próbuje je przyszpilić do ziemi i generalnie wygrywa, bo wiatr tak anemicznie podchodzi do zabawy, że prędzej balonem wydmie reklamówkę wiszącą na włoskim orzechu, niż zmarszczy choćby brzeg kałuży na podwórku – może go w krzyżu łamie od tej wilgoci i schylić się biedak nie potrafi bez bólu? Ludzie ubrani na smutno nosy mają już poniżej zasięgu wiatru i deszczu, a kolorystycznie dostosowali się do barwy kałuż. Tylko ruszają się ciut szybciej od tych bezkształtnych rozpaczy w dolinach kolein leżących. Mógłbym zamruczeć do kaloryfera w podzięce za tę znaczącą różnicę pomiędzy dwiema stronami szyby, ale patrząc w tę szybę widzę politowanie we własnych oczach – kto to widział dziękować wiadrom gorącej wody? Kot we mnie tego nie potrafi bez ironii. Ja w sobie się zbieram, żeby pomimo wszystko pozwolić światu dotknąć mojej skóry jeszcze dziś, skoro jutro nieoczywiste może nie nadejść wcale.