Dzieciaczki w odblaskowych kamizelkach rozpierzchają się w rynkowych przestrzeniach, tłoczą na przystankach, albo wędrują dwuszeregiem do bliżej nieokreślonej przyszłości. Szukają świętego, o którym tyle dobrych wspomnień i nadziei noszą w sobie, choć zimno i wilgoć wdziera się pod niedoskonale założone szaliczki, pod czapki, które zbezczeszczone przez koleżanki chcące nacieszyć malutkie rączki smakiem pompona wełnianego tracącego już kształt i kolor, bo ręce dopiero co przestały głaskać huski’ego o oczach błękitnych bardziej, niż toń jeziora w reklamowym folderze. Patrzę, jak dzieci masowo mijają choinkę strojną celuloidowym srebrem, gwiazdami i łańcuchami galaktyk, lecz pod drzewkiem został się tylko papier z batona – tego ukradzionego dopiero co, z malutkiego sklepiku, przez kogoś nieświadomego, że zdeformował właśnie obraz świata. Idą dzieci do brzuchów tramwajowych wagonów, albo wysypują się z nich, jak owsiki gdy zwierzątko zbyt swawolnie poczyna sobie ze słodyczami. Patrzę i mam w sobie łagodność którą posługiwał się Dostojewski, albo młode matki na widok narybku – nie wiem zupełnie skąd ten nastrój, skąd krok w melodię kolędy ubrany. Mijam zagęszczony aromat przypalonego sera żółtego, niemytych bród, papierosa, który niczym fajka pokoju krąży pomiędzy stadkiem młodzieży świata poza sobą niewidzącej. Depczę nieczynne fontanny, płytki chodnikowe udające klawisze fortepianu, choć kiedy nacisnę stopą, to zamiast dźwięku wylewają bure fale stopionego śniegu. Mijam komercję pośród pieśni i aromatów, kolejki gęstniejące, w których wreszcie odrobinkę życzliwości i wyrozumiałości można dostrzec. Jednym pociągnięciem nosa przebrnąłem więcej stoisk z parującą kuchnią, niż jestem w stanie udźwignąć aromatów, więc wydyszałem wszystko w czeluści podziemnego przejścia, a nad głową kłębi się to, co wciąż tajemnicze i niepoznane – obcy ludzie. Poszedłbym dalej beztroskim krokiem, ale oni przecież nie są obcy – to tacy sami tubylcy jak ja. Nawet ta pani o karnacji niewiele, ale jednak jaśniejszej od rajstop. Sam nie wiem dlaczego oddycham z ulgą, że one czarne zupełnie były. No tak – gdyby nosiła białe, musiałaby być przeźroczysta i brwi mieć w kolorze szklanki pełnej wody.