Przemijanie jest pewne. Gwarantowane naturą świata i pewnikiem, jakim w życiu tylko śmierć bywa. Znów przyszedł silniejszy, większy i bezkompromisowym kopniakiem wyprosił z ogródka – idę, bo do chodzenia nawykłem, a pozostając sukcesów raczej nie osiągnę. Idę, może nie tam, gdzie mnie chcą, jednak tam, gdzie mniej mnie nie chcą.

Nie będę niszczył nic, ani żadnych schowków nie opróżnię – zostawiam parę lat wspomnień, zostawiam zakurzony pamiętnik pełen westchnień i ukrytych triumfów – jeszcze będę próbował spakować go do plecaka i przenieść na nowe śmieci, ale czy się uda, to już zupełnie inna historia. Kłaniam się nisko minionym wiosnom, płaczącym jesieniom, skostniałym zimom i leniwym latom. Ta rzeka została już za mną i więcej kostek w niej nie zanurzę.

Puszczam oko każdemu, kto poczuł się tutaj trochę jak u siebie, trochę, jak zaproszony gość do ognia na cichą balladę, albo gawędę do świtu o niczym ważnym, a przecież wystarczającym, żeby ze snu zrezygnować i towarzyszyć mi pośród ulatujących w niebo iskier, ze szklaneczką czegokolwiek, o co dusza się dobijać potrafi skutecznie.

Z nałogiem nie zamierzam walczyć, tylko go rozwijać, więc nie żegnam się wcale. Ja tylko na innym kamieniu usiądę, by zmierzyć wzrokiem nowe lustro, gdy to pajęczyny i kurz przeszłości obsypywać będzie.

Jeśli tu jesteś – bez względu na wiek i płeć – dziękuję – za całą przeszłość i być może dwa słowa, które udało się zamienić. A jeśli wciąż masz ochotę przymierzyć się do obrazu mojego świata – zapraszam na pastwiska, które dopiero zaczynam oswajać. Jeśli naprawdę chcesz – zerknij i w to nowe lustro.