Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Przemijanie jest pewne. Gwarantowane naturą świata i pewnikiem, jakim w życiu tylko śmierć bywa. Znów przyszedł silniejszy, większy i bezkompromisowym kopniakiem wyprosił z ogródka – idę, bo do chodzenia nawykłem, a pozostając sukcesów raczej nie osiągnę. Idę, może nie tam, gdzie mnie chcą, jednak tam, gdzie mniej mnie nie chcą.

Nie będę niszczył nic, ani żadnych schowków nie opróżnię – zostawiam parę lat wspomnień, zostawiam zakurzony pamiętnik pełen westchnień i ukrytych triumfów – jeszcze będę próbował spakować go do plecaka i przenieść na nowe śmieci, ale czy się uda, to już zupełnie inna historia. Kłaniam się nisko minionym wiosnom, płaczącym jesieniom, skostniałym zimom i leniwym latom. Ta rzeka została już za mną i więcej kostek w niej nie zanurzę.

Puszczam oko każdemu, kto poczuł się tutaj trochę jak u siebie, trochę, jak zaproszony gość do ognia na cichą balladę, albo gawędę do świtu o niczym ważnym, a przecież wystarczającym, żeby ze snu zrezygnować i towarzyszyć mi pośród ulatujących w niebo iskier, ze szklaneczką czegokolwiek, o co dusza się dobijać potrafi skutecznie.

Z nałogiem nie zamierzam walczyć, tylko go rozwijać, więc nie żegnam się wcale. Ja tylko na innym kamieniu usiądę, by zmierzyć wzrokiem nowe lustro, gdy to pajęczyny i kurz przeszłości obsypywać będzie.

Jeśli tu jesteś – bez względu na wiek i płeć – dziękuję – za całą przeszłość i być może dwa słowa, które udało się zamienić. A jeśli wciąż masz ochotę przymierzyć się do obrazu mojego świata – zapraszam na pastwiska, które dopiero zaczynam oswajać. Jeśli naprawdę chcesz – zerknij i w to nowe lustro.

Dzieciaczki w odblaskowych kamizelkach rozpierzchają się w rynkowych przestrzeniach, tłoczą na przystankach, albo wędrują dwuszeregiem do bliżej nieokreślonej przyszłości. Szukają świętego, o którym tyle dobrych wspomnień i nadziei noszą w sobie, choć zimno i wilgoć wdziera się pod niedoskonale założone szaliczki, pod czapki, które zbezczeszczone przez koleżanki chcące nacieszyć malutkie rączki smakiem pompona wełnianego tracącego już kształt i kolor, bo ręce dopiero co przestały głaskać huski’ego o oczach błękitnych bardziej, niż toń jeziora w reklamowym folderze. Patrzę, jak dzieci masowo mijają choinkę strojną celuloidowym srebrem, gwiazdami i łańcuchami galaktyk, lecz pod drzewkiem został się tylko papier z batona – tego ukradzionego dopiero co, z malutkiego sklepiku, przez kogoś nieświadomego, że zdeformował właśnie obraz świata. Idą dzieci do brzuchów tramwajowych wagonów, albo wysypują się z nich, jak owsiki gdy zwierzątko zbyt swawolnie poczyna sobie ze słodyczami. Patrzę i mam w sobie łagodność którą posługiwał się Dostojewski, albo młode matki na widok narybku – nie wiem zupełnie skąd ten nastrój, skąd krok w melodię kolędy ubrany. Mijam zagęszczony aromat przypalonego sera żółtego, niemytych bród, papierosa, który niczym fajka pokoju krąży pomiędzy stadkiem młodzieży świata poza sobą niewidzącej. Depczę nieczynne fontanny, płytki chodnikowe udające klawisze fortepianu, choć kiedy nacisnę stopą, to zamiast dźwięku wylewają bure fale stopionego śniegu. Mijam komercję pośród pieśni i aromatów, kolejki gęstniejące, w których wreszcie odrobinkę życzliwości i wyrozumiałości można dostrzec. Jednym pociągnięciem nosa przebrnąłem więcej stoisk z parującą kuchnią, niż jestem w stanie udźwignąć aromatów, więc wydyszałem wszystko w czeluści podziemnego przejścia, a nad głową kłębi się to, co wciąż tajemnicze i niepoznane – obcy ludzie. Poszedłbym dalej beztroskim krokiem, ale oni przecież nie są obcy – to tacy sami tubylcy jak ja. Nawet ta pani o karnacji niewiele, ale jednak jaśniejszej od rajstop. Sam nie wiem dlaczego oddycham z ulgą, że one czarne zupełnie były. No tak – gdyby nosiła białe, musiałaby być przeźroczysta i brwi mieć w kolorze szklanki pełnej wody.

Niczym kot z wysokości parapetu podglądam świat, a tam wierzba wreszcie zaczyna gubić liście i pościeliła już połowę podwórka łuskami mieniącymi się na wietrze. Deszcz próbuje je przyszpilić do ziemi i generalnie wygrywa, bo wiatr tak anemicznie podchodzi do zabawy, że prędzej balonem wydmie reklamówkę wiszącą na włoskim orzechu, niż zmarszczy choćby brzeg kałuży na podwórku – może go w krzyżu łamie od tej wilgoci i schylić się biedak nie potrafi bez bólu? Ludzie ubrani na smutno nosy mają już poniżej zasięgu wiatru i deszczu, a kolorystycznie dostosowali się do barwy kałuż. Tylko ruszają się ciut szybciej od tych bezkształtnych rozpaczy w dolinach kolein leżących. Mógłbym zamruczeć do kaloryfera w podzięce za tę znaczącą różnicę pomiędzy dwiema stronami szyby, ale patrząc w tę szybę widzę politowanie we własnych oczach – kto to widział dziękować wiadrom gorącej wody? Kot we mnie tego nie potrafi bez ironii. Ja w sobie się zbieram, żeby pomimo wszystko pozwolić światu dotknąć mojej skóry jeszcze dziś, skoro jutro nieoczywiste może nie nadejść wcale.

Nie powstrzymam, bo łzy beztroskie zupełnie w oczach miałem, kiedy rzecz się stała. Dzień słońcem mnie skusił, więc wygrzebałem się z pieleszy domowych i wyszedłem – tym razem zupełnie celowo – kupić piwo, na przewidywalny wypadek gości, póki zamiast padać/sypać świeci słońce taką głęboką żółcią, jakby to już zachód słońca był. Niedaleko szedłem, bo sklep bogato wyposażony w lodówki i asortyment o parę kroków zaledwie. Niby nic, ot  – codzienność – wymiana opakowań pustych na pełne, lecz nie – wpadło coś do środka – rozchełstane, zadyszane i nieuczesane. Czapkę zieloną z orzełkiem na głowie i wielką niecierpliwość w ruchach gdy biegło toto wygłodniałe zwierzę do lodówki, a za nim drugie, nieco sponiewierane, bo w gumowym ubranku. Wojsko nazywało toto OP1 – taki strój niemalże jak dla płetwonurka, żeby ograniczyć dostęp skażeń do organizmu. W czymś takim przyszło zwierzę zziajane i nawet nie wybierało, tylko szybko, dużo i zimno, a najlepiej natychmiast. Ekspedientka ze śmiechem skasowała i palcem skomentowała ubiór, a zwierzę powiedziało z wisielczym humorem, że trzy minuty na ubranie miało, a kiedy wreszcie się udało, to usłyszało, że bomba chemiczna potrafi to ubranko wtopić w jego skórę. Czyli piwo co najmniej uzasadnione, aż dziw, że jedno… Może to lekka sugestia, że ten chemiczny tatuaż nie taki znów bliski.

Gościem jestem we własnym Mieście. Los tak sprawił, że karmię zmysły tym, co nieoswojone, nowe, niespodziewane. Prawie jak wycieczka w nieznane, bo kiedy oczy zamknę i słuch podejmie wyzwanie, to nie rozpoznaje – dźwięków dobiegających spod podłogi, sponad sufitu, zza okien. A w końcu gościem jestem wciąż tego samego Miasta i zachodzące słońce ogrzewa mnie tak samo, jak tydzień temu, a wiatr liże mnie zimnym, wilgotnym językiem i opowiada, że dobrze wszystko, że tam i tu, to jedna i ta sama historia się snuje, opowiada i kończy nawet tak samo, więc spokojnie – można poddać się dźwiękom nowym, ale tutejszym. Bezkarnie, bo za innymi drzwiami one mieszkają, czyli niegroźne są zupełnie. Pod podłogą radio gra pełnodobowy repertuar wystarczająco głośno, żebym nie musiał włączać własnego, a nad głową… Oooo… Tam jest zdecydowanie ciekawiej. Bo ileż można po mieszkaniu chodzić w butach na obcasie? I w jakim celu? Ja przymierzam bose stopy do parkietu, więc chyba tamta podłoga zimniejsza jest i nie nadaje się do podobnej ekstrawagancji ani dniem, ani nocą. A może tylko zbyt szorstka dla delikatnych stópek? Przekonuję siebie, że owe obcasy, to erotyczna bielizna mająca zakłócić męski spokój i w kuchni i łazience, żeby trwał pożądaniem, w rwanym oddechu, bo to jest jakieś uzasadnienie – ach tak… przecież od tych obcasów usłyszałem ze dwa dni temu deklarację, że dzień jest dobry… widać nie kłamały i wciąż służy. Tylko wierzba płacze nasiąknięta wilgocią pomiędzy zielono-żółtą grzywą, a znad Rzeki unosi się westchnienie mgieł pośród przekleństw sroczych.

Sroki krzyczą na mnie od tygodnia, nie bacząc, na niepewny wschód słońca, które przekomarza się z chmurzyskami i gra w piekło – niebo na kolory i ciepło – zimne pejzaże maluje, z zupełnie nieprzewidywalnymi efektami, a gawrony z wysokości latarni ulicznych dopingują nie-wiadomo-którą-stronę aż do ochrypnięcia. Co dalej? Śnieg studzi rosnące mi na czole emocje i proponuje sen zimowy w zaciszu betonowych ścian, a ja nie wiem, czy chcę, czy stać mnie na taką fanaberię, gdy z kalendarza spadać będą już nie dni, ale tygodnie, czy miesiące. Pani listonosz uśmiecha się z politowaniem nad własnym roztargnieniem, zanim wyskoczy z tramwaju w ostatnim momencie, a tramwaj ruszy w najdłuższy w Mieście przystanek, wiewiórki w parku bez lęku wybierają z ciepłych dłoni orzeszki i inne łakocie, dyskonty dudnią łoskotem pełnych wózków. Na trawniku obok sektora wron zlokalizował się sektor kawek, a sroki przemierzają przestrzenie pomiędzy i roznoszą czarno-białe plotki. Dzień chowa się pod naporem chmur i zmierzchu i całkiem odwagę letnią już stracił. Ktoś śpiewa wsobną arię i gorzkie żale, marzną jabłka przed warzywniakiem, a kapusta, to już całkiem skwaszona. Młodzież szepcze dyskretnie, że niejaki Mikołaj powinien się powoli objawić, ale im wstyd, bo sami w to nie wierzą. Kałuże piją wilgoć być może ostatnią nim zamarzną na kość i tylko bezpański kot dumnie uniesionym ogonem przecina atmosferę miękkim, mruczącym ciepłem. Dzień zupełnie podobny do jutrzejszego.

Miasto wyciągnęło po mnie swoje szpony. Niewidzialne, miękkie tak bardzo, że nie poczułem ucisku obroży, kiedy wyciągnęło do mnie dendryty ścieżek niepoznanych i tętniące bogatym życiem deptaki. Ogarnęło mnie i oszołomiło. Zawładnęło mną całkiem i poczułem się częścią tego wielkiego organizmu – jak najbardziej na miejscu, chociaż czasowo zmieniałem lokalizację raz za razem i zdarzałem się temu Miastu w miejscach niespodziewanych i dla mnie samego zaskakujących. Ale przecież Miasto, to nie tylko serce rynku, nie żołądki galerii handlowych, w których mielone są apetyty i pożądania. To nie tylko Rzeka okolona zabytkowymi brzegami, albo świeżo restaurowanym nabrzeżem. To nie tylko kamienice pamiętające schyłek bądź narodziny wieków poprzednich. To ludzie, którzy są tubylcami już w chwili zaciągnięcia się narkotyczną atmosferą Miasta po zmierzchu, albo tego liźniętego słońcem zimnym jak dno kałuży po nocy bezksiężycowej. Kiedy już poczują głód, którego nie da się zaspokoić szybką fotką na tle zabytku, kiedy selfie, to za mało, żeby wystarczyło i staje się ono tylko zaproszeniem dla kolejnych – wtedy przestają być gośćmi i stają się tubylcami – na moment wystarczająco długi, żeby usiąść przy oknie restauracji i zasłonić się szklanką piwa i chłonąć wzrokiem przesuwający się za szybą żywy, ruchliwy pejzaż miejski. Oni też – są już złowieni, zarażeni, skażeni wadą genów, które ciągną nieustępliwie, chociaż bardziej miękko, niż czyni to nić babiego lata. Ja też jestem. Skażony i w dobrowolności pełnej zanurzony, bo nie wiem, czy można gdzie indziej – pewnie tak, ale po co?

Czas na retrospekcję chyba, bo przecież chłopak w filcowym kapeluszu prowadzący wyścigowy rower z baranią kierownicą, a przedtem blado-nagie achillesy wobec kaptura i szala grubszego niż kiedykolwiek widziałem, pośród którego oczy ciemne, damską ciekawością naznaczone, a takich drobiazgów mnóstwo i kawka, która oznacza mi rękaw rozpiętej kurtki, świąteczne rytmy, gwiazdki, choinki, jak gwoździe wbite w zapach tłustych potraw i słodki aromat snujący się pomiędzy żeńską wycieczką w wieku emerytalnym, a dziecińcem koedukacyjnym. Dzwonki, bombki, łakocie, sklepy uśmiechnięte, pachnące lawendą i potem tabunów, w którym gęstnieje bełkot pomieszanych kosmetyków. Słońce rozświetla upadłe liście i wilgotne ściany elewacji ukrytych przed wzrokiem turystów. I to wszystko wokół – tętniące, burzące spokój sumienia, szarpiące wzrok, i słuch, i zmysły oszalałe tętnią pośpiechem jakimś nieprzystojnym, że tylko pan Witold mnie zrozumieć może, bo przecież „Kosmos” nie darmo napisał, bez powodu nie popełnił tej niedyskrecji, żebym ja teraz jego rytmem, jego ścieżką szedł, patrząc na obrazy przez niego niepoznane, lecz jątrzące, jak tamte, jak owe płoche wątki z pajęczą nicią i patyczkiem, jak sznurki z martwym ptakiem, jak pęknięcia sufitu niestarannie zamaskowane, żeby z nich wysnuć, wydumać, pomyśleć i zgwałcić umysł niepokorą. Żeby rozdrażnić nerwy, rozsypać sól po spoconej skórze i zaczerwienić ją szczypiącą, złośliwą drobnicą, której nie sposób jednak pominąć, bo przecież jest i boli, swędzi, nurtuje i myśli odrywa. Dramat galopujących donikąd myśli, spierzchniętych, poszarzałych z niezrozumiałego wysiłku, który nawet sen potrafi odebrać, i rozsądek, i spokój – dzieje się nieuchwytne, niezrozumiałe, ale odczuwalne, zaczepione tuż poza widnokręgiem zmysłów, jakby intuicyjnie obecne coś, czego nie było jeszcze wczoraj. Może zwierzęta czują to spinając mięśnie w ucieczce zbiorowej, może szamani widzieli rzecz w narkotycznej wizji, lecz ja? Cóż ja, któremu przecież nie dane są takie widzenia i zrozumienie niepojętych…? A przecież jestem… Nie – nie czytałem znów. Być może się boję i nie chcę zarazić, uczulić, odświeżyć i dać się pochłonąć nieistotnościom tak bardzo istotnym, że uciec od nich nie sposób. Jestem – zwyczajnie i po prostu – bez jakiegokolwiek uzasadnienia.

Ciecze i ciała stałe podzieliły podwórkowe strefy wpływów, przypływów i odpływów, na mielizny, rafy koralowe, głębie, atole i plaże powstające samorzutnie i beztrosko. Wróble starają się komentować i dyktować aktualne współrzędne GPS granic kultur, jednak szybkozmienne, płynne dosłownie granice mają w pogardzie wysiłki ptasiej drobnicy i żwawo reagują na samochodowe prowokacje, przez co monsuny podwórkowe osiągają amplitudy i zasięgi rzadko spotykane tutaj. Czarne szybowce gawronów penetrują przestrzenie ponad śmietnikami pilnując strefy przybrzeżnej i wód terytorialnych, a przede wszystkim śledzą gatunek ludzki – żeby nie uronić ani chwili, bo wyrzucane wiktuały gotowe bezpowrotnie poddać się procesom gnilnym i użyźnić ziemię z pominięciem żołądków „czarnego luda”. W taki dzień bosą stopą łatwiej byłoby pokonać przestrzenie gdyby nie permanentne, beznadziejne zasiewy kapsli i szkła od wielu lat wytrwale kiełkujące pośród klepiska. I co z tego? Zakładam buty i dla odmiany idę w Miasto, bo chyba dawno nie byłem ( że sobie pozwolę na ironię…).

Wiatr powiedział „sprawdzam” i przyszedł do samotnego jawora, gdzie pośród pustych gałęzi żółciła się kareta liści – ostatnich zupełnie. Chyba się wściekł, bo szarpał nimi zajadle, ale jawor mocno je w dłoniach trzymał i nie chciał upuścić ani jednej karty. Na fosie pozostałe liście rozsypane bezładnie wiatr przestawiał jak szachowe bierki i tylko młode ryby dawały się nabrać usiłując schwytać żółto-brązowe żagielki. W piekarni starsza pani podzieliła się z ekspedientką plasterkiem salcesonu do świeżutkiego chleba dopiero co pokrojonego na cieniutkie kromeczki. Pies zwęszył pożądany aromat sprzed drzwi zamkniętych i wnet zawodzić zaczął, że taka niesprawiedliwość dziejowa dotyka znowu jego. Gawrony schodzą mi dziś z drogi niechętnie, opieszale i niemal wyzywająco patrzą, kiedy mijam je bez pośpiechu. Sumienia ludzkie schowały się bardzo głęboko, nawet oczy nie błyszczą, więc zostało podglądać przyrodę – tę miejską, skażoną i napiętnowaną ludzką twórczością zupełne obcą naturze.


  • RSS