Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Pani aż zbielały nereczki, kiedy klęczała nieomal na granitowych kostkach deptaka, żeby wypakować świąteczne ozdoby do wystroju stoiska. Z nieba sypało się coś zimnego, jakby kasza manna i kłuło w twarz, roznosząc się szorstkim kurzem pod powieki. Kawka defilowała po mokrym chodniku wyciągając nóżki jak reprezentacyjna kompania wojska podczas parady, a pierś wciąż miała wypiętą w oczekiwaniu na spodziewane medale. Małe psy spacerowały w ramionach współczujących nad miarę właścicielek, żeby nie ubrudzić sobie brzuszków, albo nie zaginąć w gęstniejącym tłumie, pośród aromatów, krzątaniny i migocących świateł. Tablica informacyjna na przystanku mierzyła upływ czasu i wskazywała na rzecz niebywałą – wyścigi tramwajów – one chyba właśnie finiszowały na krótkim dystansie, bo w przeciągu pojedynczych minut zmiana na pozycji lidera realizowana była wielokrotnie. Musiałem zobaczyć, co się wydarzy na mecie – dojechały gęsiego, w karnym szyku i żaden nie próbował wierzgać i asfaltową jezdnią wyprzedzać, czy bić rekord świata. Zapewne niepewność dotknęła wyłącznie elektroniki, jednak widziałem, że kibiców zebrało się więcej – starszy pan pachnący cebulą aż nóżkami przebierał z niecierpliwości, ale nie dopingował głośno i nie faworyzował żadnego z zawodników. Mamusia z wózeczkiem przepchnęła się do pierwszego rzędu, aby dziecku też umożliwić udział w wydarzeniu, dziarski emeryt niewzruszenie siedział na ławeczce pod wiatą i siorbał nosem wytrwale lecz bez niepokoju, jakaś pani sprawdzała czas domniemany na ręcznym zegarku, inna pogrążyła się w monitorze telefonu. Kiedy pierwszy tramwaj dotarł do mety, z jego wnętrza wysypało się całe przedszkole tak rozszczekane i radosne, że podejrzenie o spowodowanie drgawki elektronicznej musiało paść na nie i kto wie, jak bliskie prawdy ono było.

Jakiś pan (nawet nie klnie i nie złości się jawnie), jak metronom mierzący czas właśnie stracony bezpowrotnie, zdrapuje jesień z klepiska podwórkowego (zaciera ślady???), a słońce uśmiecha się doń nader subtelnie. W oczy spogląda z nutką flirtu, który wzrok chce odebrać i rozum, ale przecież wiem. Ja i ono wiemy, że to tylko pozory, że to ułuda, której ulegnie słaby organizm, w pustynnym mirażu karmiony wizją falującą, za każdym razem na krańcu widnokręgu. Pomimo to, jak pies za wędliną poszedłem w to słońce i pozwalałem się mamić, pozwalałem uwodzić i kuszeniu każdemu się poddawałem, niechby nawet – prosiłem się o więcej. Mijałem mężczyzn, związujących gumką włosy siwiejące w ogon perszerona, mijałem panie niezdecydowane, których drgnięcia w stronę witryn hamowane były niedostatkiem portfela i pokuszeniem rozpusty, żeby i ten czwartek tłustym być mógł dla bliskich. Nawet nie ma na co ramionami wzruszać – dzień rozkosznie obojętny, miękko beznadziejny i cudownie bez zdarzeń. Podejrzewam, że ideałem byłby dzień bez zdarzeń, ale to może być pokłosie myśli pana Vonneguta z utworu pt: Galapagos. Gdyby nadzieja była, że taki dzień zwiastuje milion lat podobnych jak krople wody podobne być mogą – mój uśmiech stałby się tak wyraźny, że aż przerysowany. Potrafiłbym? Codzienność powielać każdego dnia? Takiego – owszem – tak sądzę buńczucznie…

Dotknął mnie wiatr. Nietutejszy. Obcy i zimny tak, jak balustrady na mostach zimą. A słońce mierzyło na mnie kolory udając, że też mnie dotyka, choć to nieprawda. Jakaś pani w szaliku, którym można byłoby przykryć pół Indonezji miała gołe kostki nóg – oczywiście blade, bo cała krew schowała się pod kilometry kwadratowe szalika i wyjść stamtąd nie chciała za żadne skarby. Staruszka uśmiechnięta, z którą jakiś miesiąc temu rozmawiałem w tramwaju wciąż się pięknie uśmiecha, choć inną już drogę przemierza. Ktoś strącił z drzewa ostatnią, żółkniejącą pigwę, żeby i ono starość poczuło, choć niewysokie i do drewnianej dojrzałości mu daleko, to jednak kalendarzowo osiwiałe gubi już liście melancholijnie pochylone nad asfaltowym chodnikiem. Świąteczne prezenty już się zaczęły oddawać rozpuście i wolę tego zjawiska nijak nie nazywać, żeby ich nie urazić, a największy z nich zainfekował rynek wraz z przyległościami i pyszni się jarmarcznym zaproszeniem, choć drewno okiennic wciąż jeszcze zamknięte i nie kusi wędzoną słoniną, ani prażonymi w karmelu orzechami, czy też zakopiańską czapką z pomponem. Nie słychać jeszcze muzyki i kolorowe lampiony nie malują twarzy przechodniów w upiorny fiolet z piegami srebrnych krost. A mi nie chce się ani złorzeczyć, ani błogosławić – po prostu patrzę i dumam, czy świąteczna aura mogłaby być całoroczną i jaki wpływ miałaby na zdrowie psychiczne tubylców – do tej pory radzą sobie doskonale, a to przecież nie pierwszy jarmarczny miesiąc w tym roku.

Znałem pana, który mawiał – lubię równe liczby (dlatego uwielbiał 1024 – równa liczba, bo w systemie dwójkowym to rezultat dziesiątego potęgowania dwójki – dwa do dziesiątej potęgi). Ja również lubię, więc dzisiejsza notka pod hasłem szaleństwa jedynek – 1111 – tyle notatek udało się dotychczas wygenerować – kolejna „rocznica” hen daleko, chyba, że również przejdę na system zero-jedynkowy, chociaż jestem zwolennikiem analogu, a nie świata cyfrowego. Przepraszam – szczegół związany z CV tego bloga – a teraz do rzeczy:

Pani postanowiła przez pewien czas pozostać brunetką. Nie była wystarczająco konsekwentna, a może życie odrobinkę pogmatwało jej priorytety, bo w czerni gorącej wytrwały brwi i paznokcie, a włosy już wracały do genetycznie utrwalonej maści. Twarz napiętnowana dziecięcą wiatrówką daleka była od gładkości, lecz jak owa pani się poruszała… Żaden, nawet najbardziej metroseksualny facet, nie byłby w stanie powtórzyć tego kroku. Za to zatrzymać się w zachwycie – jak najbardziej – każdy! Co też skwapliwie i bezzwłocznie uczyniłem. Pomyślałem, że dzień napiętnowanych twarzy się zaczął, bo kolejna kancera wychynęła zza rogu. Młody osobnik, raczej -naście, jak -dziesiąt wiosen historii za sobą mający. Spod popielatego kapelusza dzielił się dźwiękiem własnej elokwencji z dwoma dziewczątkami go okalającymi i trzymającymi się zalotnie obu jego ramion. Gdy szły, długie, szpiczaste noski męskich butów rytmicznie akcentowały co bardziej udane frazy profilowanego monologu i wskazywały azymut najbliższej przyszłości. W podcieniu kapelusza prawy policzek stanowił otwartą księgę dla buddyjskich mnichów. Pismem dostępnym dla nich, miał wypisane dożywotnio stygmaty – wycięte niegdyś ostrym narzędziem, lecz już doskonale zabliźnione i tylko wspomnienie niezwyczajnej przeszłości niosące – chyba, że potrafiłbym rozszyfrować znaczenie symbolu. Trudno mi uwierzyć, że młody szczebiot odcyfrował przesłanie i dlatego wdzięczył się i przymilał, jednak kobiety mają zmysłów najmniej o dwa więcej niż męski fragment gatunku, więc może trzeba zawierzyć instynktom? I tak już poszedł, a wdzięczyć się nie zamierzałem, to tylko wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się na mniemanie, że ja i że mógłbym, bo to byłaby już nie tyle nadinterpretacja, co jawna granda – nie mógłbym, bo płcią kapelusz nie dysponował właściwą, a w tej kwestii zatwardziały jestem i ugruntowany jak skamieniałe od milionów lat drzewo. I nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać we własnym jestestwie.

Młode kobiety o wypielęgnowanych, sztucznie bladych, gładkolicych twarzach patrzą na mnie spod starannie podstrzyżonych brwi, mrugając nieswoimi rzęsami i też się dziwią, że w trzewia tramwaju się udałem niczym Jonasz w podróż wyruszający nienaturalną w końcu metodą przemieszczania cielesności wzdłuż geograficznych wektorów. Mijam widzenia i cudze ciekawości zerkające na mnie z niemym pytaniem „dlaczego”, a ja się uśmiecham pobłażliwie, bo również to pytanie zadaję we własnej głowie – dlaczego ludzie udają, że się nie widzą, dlaczego oczy otwarte zasnute są żaluzjami mgieł tak bardzo, że nie potrafi się w nich przejrzeć ktoś, kto stoi w odległości, dla której centymetry są właściwą jednostką do pomiaru dystansu. Zerkam i moje niezrozumienie rośnie proporcjonalnie do czasu trwania widzenia, a ono constans; zmieniają się przystanki, twarze, a reakcje jakby powielane w nieskończoność, zakodowane w kręgosłupie DNA każdego stworzenia i powtarzalne do znudzenia i snu wiecznego. Żeby nie zarazić się wirusem kręcę głową na tyle, na ile pozwala mi układ kostny i dostrzegam panią odkurzającą chodnik! Rewelacja! Niedowierzanie. Jak to – chodnik? Odkurzaczem? Dwa kilometry kwadratowe wycieraczki przed wejściem do budynku, w którym kawiarnio-piekarnio-biurowa biznesowa rozmaitość zachęca napisami w języku tubylców i obcych? Jak widać można. Tramwaj zbyt szybko przemieszcza się, żebym nacieszył zmysły, bo już kolejna informacja, wprost z natury. Życie na balustradzie oddzielającej chodnik od miejskiej fosy ustawiło wiadomość – gołębie, niczym punkty pisma węzełkowego ciągnęły się szeregiem pilnej wiadomości i ani drgnęły, żeby nie przekłamać przekazu. A ja nie zrozumiałem… nie przeczytałem, bo nie znam tego pisma starszego niż zbiorowa pamięć tubylców, starsza niż przekazy ustne w legendy urosłe i w klechdy domowe ujęte.

Igły na sośnie opiły się tak, że resztką sił trzymają się gałęzi. Ostatek liści na brzozie nerwowo pisze testament, który przecież znam doskonale z poprzednich lat i mogę bieżące liście uspokoić, że kolejny rok nie będzie się różnił od poprzednich niczym. Znaczy – niczym istotnym. Wiosna przyjdzie, a z nią młode potomstwo, głodne słońca niczym larwy motyli, szybko dojrzeje pieszczone majówką aż do ciężarnej, lipcowej zieleni, żeby zarumienić się ostatnim, sierpniowym słońcem liźnięte niedyskretnie, wręcz pomimo woli, a ciepłe barwy urosną, napęcznieją wręcz przeciwnie do pogody. Im zimniej w niebie, tym cieplejszą barwą okryją się drzewa, dzięki czemu jeże będą miały przytulny schron na zimę w zaspach liści o barwie dojrzałych cytryn i wyprawionej skóry – kto wie, czy w alternatywnym, zimnym błękicie liści nie zamarzłyby na wieczność mdłą, bezkresną  mleczną zmarzliną? Ludzie pochowali sumienia tak głęboko pod kurtki, że podglądanie ich staje się nużące od monotonii, więc pogrążam się w myślach, które ogrzać chcę dobrym wspomnieniem, albo dygresją ciepłą. Od samego rana łazi za mną uniwersalne zdanie, które wymyśliłem sobie gdzieś w przeszłości, albo gdzieś w sobie miałem je zaczepione pośród genów, żeby nadal było aktualne:

„Dziękuję ci, że jesteś, bo to nie było oczywiste”

Jeśli znasz lepsze zdanie – chętnie je usłyszę – ja nie wymyśliłem. A dopóki nie znam – będę buńczucznie twierdził, że trudno o lepsze. Spróbujesz? Zapraszam…

Przez uchyloną szybę wpuszczam hałas pobliskiej budowy i zapach mokrych liści, którym schnięcie nie w głowie. Ptaki na wyścigi opowiadają mi historie niestworzone, a ja myślę że one jeszcze wierzą, że słońce zaświeci lada moment, przez co cieplejsze w słowach staną się nawet wrony, a ptasia drobnica uwija się pracowicie, jakby już dostrzegła ową słoneczną rozpustę. Samochody spokorniały i gęsiego, dostojnie kokoszą się w korkach wszędobylskich, czarne uśmiechy spod czarnych parasoli i czarne kurtki przemykające w lustrach czarnych kałuż. Rozpusta kolorystyczna… aż głową kręcę. Dobrze, że mandarynki wciąż niedbale pomarańczowe krzyczą swoją nietutejszą radość w skrzynce przed warzywniakiem. Życie osiadło w kagańcach ogrzewanych ścian i wynurza się stamtąd bardzo niechętnie – uczucia tym bardziej. Dobry czas na opowieści przy kominku, albo kieliszek kawy w przytulnym towarzystwie. Ale najpierw – trzeba mieć co opowiadać. Czyżby pora na spacer? Zapewne… Nie dam się prosić. Bo dobrze jest mieć parę słów do opowiedzenia, kiedy wieczór dojrzeje.

Na przystanku tramwajowym pani wykonywała językiem badanie stanu uzębienia i była wyraźnie niezadowolona z zastanego. Do tego stopnia, że w trakcie badania polemizowała mimicznie ze sobą i jawne grymasy niezadowolenia przeplatała pytaniami, co dalej począć ze sobą. Nogi nie pozostały obojętne, lecz wzięły czynny udział w dyskusji i wyniosły ją w opłotki przystanku, a kiedy przyjechał tramwaj, musiały nieźle sprężyć się, aby donieść właścicielkę po pożądanego wnętrza. Wysiadając była już zdecydowana, bo rączym kłusem podążyła na spotkanie z przyszłością. W parku ktoś dopiero wróżył sobie ową przyszłość, lecz zamiast płatków róży, zużył w tym celu chyba ze trzy opakowania chusteczek higienicznych, dodatkowo rozszczepiając wielowarstwową celulozę na części składowe. Pod ławką drżały później w drobnym wietrze niespełnione, zużyte warianty, lecz któryś najwyraźniej spełnić się musiał, bo na ławce nikogo nie było. Minąłem ławkę z nadzieją, że powód był inny, niż oddalający się dźwięk karetki wymuszającej pierwszeństwo na drodze. Jakiś pan tłumaczył sobie głośno własny brak akceptacji dla dopiero co minionej teraźniejszości, a niezgoda w nim rosła z każdym zdaniem – głos również rósł. Przechodnie patrzyli zdumieni, że komuś chce się kląć pod niebiosa, zamiast występem wokalnym uraczyć sprawcę emocji, jednak nawet autorsko ów problem pozostał nierozwiązany. Przynajmniej w zasięgu mojego słuchu. No właśnie – po murach kamienicy, nieznaną mi ścieżką spływały dźwięki i przyniosły do uszu rytmiczną niedyskrecję młodej, bezkompromisowej radości zbliżenia, a ja pomyślałem, o ile jest to piękniejsze zakłócenie, niż jęk syreny dowolnej, czy przekleństwo uliczne. Choć nie do mnie śpiewana była radość, to przecież humor mi urósł, więc niechcący stałem się odbiornikiem pozytywnych wibracji. Ciekawie skonstruowany jest świat, skoro cudza radość może poprawiać samopoczucie.

Wczorajsze lenistwo nie pozwoliło mi na działalność twórczą, ale szkoda drobnych spostrzeżeń, więc dzisiaj zmobilizowałem pamięć dnia minionego. Jak było? Pani przemieszczała się przez galerię lekko i swobodnie. Mijała mnogość zapatrzoną w wystawy lub telefony, żrącą w marszu lody, pizze, makarony, obładowaną wypchanymi siatkami lub dziećmi. Nikomu w drogę nie weszła, a jej twarz wydawała się promienieć radością pochodzącą z pięknego wewnątrz, którego miała przy sobie wystarczająco, żeby bez najmniejszego problemu obsłużyć dwa współcześnie promowane ideały urody. Wciąż zachwycony widzeniem minąłem młodego pana, który bez charakteryzacji mógł  zagrać rudobrodego, a jeśli już makijaż byłby konieczny, to chyba do zatuszowania części piegów na twarzy, żeby odrobinę zaburzyć eksplozję połyskliwej miedzi. W sepii ów chłop poczułby się jak u siebie, aż żal mi się zrobiło, że żyje w innej palecie barw. Wiatr wywiercił mi dziury w uszach i nawet uliczny hałas zamgliło odrobinę, dopiero ryk syreny straży pożarnej zgwałcił mój mózg nieomal fizycznie i wyrwał z zamyślenia. Chciałem wargi oblizać, jednak idąca z naprzeciwka kobieta przyglądała mi się z jadowitą ciekawością i wolałem się uśmiechnąć, zamiast język pośród warg ukazać. Dopiero, gdy poszła zdałem sobie sprawę, że znowu zapomniałem dokąd idę i którędy. Winnego odgrzebałem w pamięci. Głównym podejrzanym został koń dorożkarza – zbyt często nasze ścieżki skrzyżowały się tej jesieni i niechybnie zaraziłem się owym wirusem, który drogę do domu wykrywa bez udziału zmysłów oczywistych, a zanim przyjdzie czas popasu trzyma mnie z daleka od mechanicznych niebezpieczeństw. Słusznie – skoro zmysłom wierzyć nie można, to zapobiegliwie jest korzystać z deptaków, na których ruch kołowy ograniczony jest do plagi rowerów, deskorolek i segway’ów. Bo w razie kolizji odrobinę mniej boli.

Wiatr podjął rękawicę i stanął w szranki z grawitacją. Teraz wspólnie bawią się ludźmi jak pacynkami, a widoki stwarzają niebanalne, kiedy kręgosłupy nieświadome próbują znaleźć harmonię i stabilność w wypadkowej złożenia dwóch sił działających prostopadle do się, przy czym jedna bardzo niestałą jest i „najdziksze wyczynia swawole”. Drzewa już dawno złożyły daninę z liści i gałęzi, więc teraz smętnie patrzą, na własne, potargane głowy i melancholijnie kiwają się. Wiatr zupełnie niechcący, w tym zapamiętaniu, osuszył elewacje zmurszałe, wymagające reanimacji lub choćby działań doraźnych, lecz nie malutką szpachelką, jak przed malowaniem domowego korytarza, kiedy dziurki drobne trzeba gipsem wypełnić, ale poważnym wypełnianiem ubytków liczonym w rozlicznych metrach kwadratowych powierzchni. Milion szpaków przeleciało hurtem nad widzialnym firmamentem i zaciemniło obraz brzuszkami połyskującymi metalicznie i zniknęło z okrzykiem bojowym, kiedy współplemieńcy poszukiwali ostatnich objawów jesieni na gałęziach drzew owocowych (!!! dramat – szukać owoców pośród cegieł i betonu!). Sprzątaczka stalowymi pazurkami czesze nierówności podwórkowe i usiłuje wywołać w pożółkłych liściach instynkt stadny równoważny szpaczemu przywiązaniu, ale wiatr złośliwie je rozprasza, zupełnie bez szacunku dla wieku kobieciny, a ta, niestrudzenie, drapie klepisko i jeszcze potrafi powiedzieć z uśmiechem dzień dobry. Sikorka znosi jarzębinowe korale do budki ledwie miesiąc temu powieszonej na ciernistym drzewie, a kos zerka na mnie podejrzliwie i zupełnie nie ma ochoty wskazać swojego adresu zamieszkania, tylko bawi się z gołębiami w zbieranego. Co zbierają pod ostrokrzewem? Ciiiii… tajemnica istnienia. Jakaś parka o charakterach wyrzeźbionych życiowym nieszczęściem wyszperała w śmietniku pęczek żywo – zielonej natki i poszli usatysfakcjonowani łupem, gdy trzeci, niezależny szperacz pozostał, samotnie poszukując minerałów i metali ziem rzadkich w czeluściach kontenerów. Zawstydzone słońce chowa się pod pierzyny wszechobecnych chmur zawstydzone, że grzać już nie potrafi i tylko świecidełkiem się ostało na niebie wysokim. Takie bawitko – talizman na lepsze jutro.


  • RSS